... czyli droga do frekwencyjnego sukcesu imprezy.
Koncert Afrikan Boy i Urodziny Bobrowca 26.03.2010 w Warszawa Powiśle przyciągnął rekordową w tym sezonie ilość osób. Jakim cudem znany jedynie wąskiemu gronu wykonawca oraz popularny aczkolwiek nie dokońca lubiany blogger stali się powodem dla którego kilka tysięcy osób przyszło się bawić do Powiśla? By znaleźć odpowiedź na to pytanie, które zadają sobie codziennie promotorzy i organizatorzy imprez, czyli gdzie leży klucz do frekfencyjnego sukcesu pytamy Maćka Żakowskiego, bezpośrednio zaangażowanego w organizację.
Who the fuck is Afrikan Boy?
(śmiech) Należaloby chyba zapytać, o to kim był i kim jest obecnie. Oczywiście w Polsce. Afrikan Boy to pseudonim 20-letniego już chłopaka z południowego Londynu, który tak naprawdę nazywa się Olushola Ajose. Nie ma jeszcze ani kontraktu ani płyty, a zdążył już nagrywać i objechać świat z MIA. Krążą nawet plotki o projektach z Timbalandem. Ale przede wszystkim to kolega Bobrowca.
Who the fuck is Bobrowiec?
(śmiech) Artystą, bobrowiec.owlnlog.com. Bobrowiec, a właściwie Stanisław z Bobrowca to fotograf, popularny blogger i didżej, nomen omen 50 proc. popularnej warszawskiej ekipy didżejskiej Stanisław (druga połowa to Stanisław Bogumił Kociołek - przyp. red.). Afrikan Boy wystąpił w Warszawie Powiśle właśnie z okazji 26-tych urodzin Stanisława z Bobrowca.
Ale czy to są znani i lubiani artyści?
No właśnie nie wiadomo. Ale wychodzi na to, że tak. Bobrowiec jest chyba bardziej znany niż lubiany. A o Afrikan Boyu jeszcze niedawno nikt nie słyszał. Nie tylko w Polsce.
To skąd te tysiące ludzi, którzy przewinęli się 26-go marca przez placyk przed Warszawą Powiśle?
W zasadzie nie mam pojęcia, chociaż nie jest też tak, że nie przemyśleliśmy i nie zaplanowaliśmy (my czyli Warszawa Powiśle, Bobrowiec i ja) bardzo złożonej kampanii. Zadziałała też z całą pewnością magia miejsca i środowiska, które są bezbłędnie obecne w samej marce Warszawy Powiśle, czyli najbardziej obecnie hype'owego miejsca w Warszawie, a być może nawet w całej Polsce. Do tego doszła też oczywiście zła sława Stanisława z Bobrowca i nazwiska artystów z którymi pracował i pracuje Olushola.
To była jakaś kampania?
To beznadziejne, ale odpowiem pytaniem na pytanie. Wiedziałaś wcześniej o istnieniu Afrikan Boya albo znałaś undergroundowy londyński grime didżeja Sefa, który przyjechał z nim zagrać?
No nie.
No właśnie. A teraz grywają go w stołecznych, a nawet ogólnopolskich, publicznych i komercyjnych radiostacjach.
Marketing?
I tak, i nie. Warszawa Powiśle to miejsce naprawdę jedyne w swoim rodzaju; jednocześnie wierne inteligenckiemu etosowi spod znaku Chłodnej 25 i otwarte na tzw. ulicę. Ten niewielki modernistyczny budynek z nieco większym naleśnikiem zamiast dachu i obszernym placykiem przed coraz szybciej przeobraża się w nowoczesną miejską markę, której kapitał powstaje w oparciu o pielęgnowaną - mimo że spontaniczną - z niezwykłym pietyzmem prawdziwość. Dlatego dla mnie, a dla szefów Warszawy Powiśle, czyli Bartka Kraciuka i Norberta Redkie jeszcze bardziej, pojęcie marketingu pojawiające się w kontekście tak ważnej warszawskiej instytucji jest uwierające. Wolimy chyba oldskulowy termin promocja, a między sobą mówimy raczej o informowaniu ludzi. W tym przypadku dotarliśmy co najmniej do wszystkich, do których chcieliśmy dotrzeć. A ludzie z różnych radiostacji uznali, że to naprawdę dobra nutka.
Czyli marketing jest dla Was niewygodny w sferze pojęciowej. Ale mimo wszystko Wasze działania przed i po koncercie Afrikan Boya zgromadziły na tym niewielkim placu kilka tysięcy osób...
No tak ... Właściwie nie wiadomo jak to się stało. Cytując Norberta Redkie, "nie kumam, ale robimy to".
Dobra, ale: kampania promująca -- albo jak mówisz prywatnie "hajpująca" -- samego Afrikan Boya, kampania promująca Bobrowca, kampania samego eventu, wreszcie paratelewizyjna transmisja live w czymś, co nazwaliście roboczo WarszawaPowiśleTV... Zapowiedzi na myspace, morze działań na facebooku, wzmianki i pełne teksty na blogach. Wszędzie w internecie linki, na ulicach plotki... Dotarcie do grupy docelowej pewnie większe i precyzyjniejsze niż gdyby zajął się tym ogromny dom mediowy. Naprawdę nie wiesz jak do tego doszło, czy po prostu nie chcesz się dzielić swoim i/lub Waszym warsztatem?
(śmiech) Oczywiście, że jedno i drugie. Przede wszystkim jednak nie lekceważyłbym wypracowanego ciężką pracą i opartego na niepodważalnej autentyczności kapitału Warszawy Powiśle i Stanisława z Bobrowca - w końcu kilkaset z tych tysięcy osób, które tej nocy przewinęły się przez Warszawę Powiśle przyszło mu złożyć życzenia. To pewnie pierwszy polski blogger, który dorobił się najprawdziwszych groupies.
A co byś poradził innym, np. początkującym animatorom różnych niezależnych scen?
Bałbym się chyba odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże. A tak zupełnie poważnie, to "stay true". Trzeba być prawdziwym tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jeżeli Ci się uda, to jest szansa że ludzie to docenią; np. dlatego, że nie są przecież żadnym targetem, ale fajnymi ludźmi z krwi i kości. W naszym przypadku promocja, albo niech będzie już marketing, jest zabawą. Bawimy się my, najwyraźniej bawią się ludzie. Dlatego na przykład promowaliśmy najpierw samego Afrikan Boya, a potem dopiero sam koncert. To chyba taka gra. Najwyraźniej ciekawa dla odbiorców.
A telewizja?
Ten projekt jest jeszcze w powijakach. Ale oglądalność online transmisji z koncertu przekroczyła najśmielsze oczekiwania wszystkich. Ale nie rozmawiajmy o cyfrach, bo mamy w związku z tym projektem bardzo ciekawe plany. Bariera wejścia na ten rynek praktycznie nie istnieje.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Matylda Kwiatkowska
Maciek Żakowski
Maciek Żakowski (27 l.) Wychowanek Dolnego Mokotowa. Socjolog, medioznawca, doktorant w Instytucie Studiów Społecznych UW, współpracownik Katedry Mediów i Komunikowania SWPS oraz kwartalnika Kultura Popularna. Redaktor książek i autor artykułów naukowych o współczesnych mediach i kulturze. Zawodowo zajmuje się strategią marki i komunikacji, obecnie związany z Saatchi & Saatchi Think Tank. Organizator i promotor kultury niezależnej.